Wszystko zaczęło się od jednego pieca
Rok 1946. Leopold Zawadzki wraca z wojny do rodzinnej wioski pod Gnieznem. Nie ma prawie nic – tylko chęć do pracy i stary piec po dziadku. Zaczyna piec chleb dla sąsiadów. Najpierw dla kilku rodzin, potem dla całej wsi. W 1952 roku przenosi się do Poznania i otwiera pierwszą prawdziwą piekarnię przy ulicy Głogowskiej.
Leopold był perfekcjonistą. Mówił, że dobry piekarz musi wstawać przed słońcem i kłaść się spać, kiedy ciasto jest gotowe. Nie było dla niego weekendów ani świąt – pieczywo było potrzebne codziennie. Jego żona Maria prowadziła sklep, a on skupiał się na tym, co umiał najlepiej: na wypiekaniu chleba.
W latach siedemdziesiątych piekarnię przejął ich syn, również Leopold, którego wszyscy nazywali po prostu Leszkiem. Leszek wprowadził pierwsze maszyny, ale nigdy nie zrezygnował z ręcznego formowania bochenków. Uważał, że technologia powinna pomagać, a nie zastępować rzemiosło.